sobota, 27 lutego 2010
po roku....
Tym razem moim noworocznym postanowieniem było nie czynienie żadnych noworocznych postanowień. Nie powiem, by coś to zmieniło. Jest nadal jak było, i nic się nie zmienia. Tylko tak trudno przestawić się na tą dziesiątkę. Jednak jak się zaczyna od zera to jest jakby łatwiej. Nawet jak jest to 09. No ale jakoś się przyzwyczaję, byle do grudnia :)
piątek, 2 stycznia 2009
czwartek, 1 stycznia 2009
a co po życzeniach?
a czemu na kwintę? Czy jest coś więcej niż kwinta? sexta na przykład? tercja, kwarta, kwinta, sexta? ;) I już można zacząć myśleć pozytywnie.
Noworoczne postanowienie: w tym roku tak jak we wszystich poprzednich i każdym następnym postanawiam (...), (...), (...) i wziąć się w garść.
Żeby się pozbierać i wziąć w garść musiałabym mieć garść znacznie większą niż mam. Wtedy mogłabym także z życia czerpać garściami. No ale pozostaje mi jedynie garść radości i szczypta dziegciu. Ale słowo: dziegciu... A w mianowniku to dziegieć? czy jak? No i mam problem do rozwiązania...
Zajmę się nim później.
Tymczasem wlazłam ociężale w ten kolejny rok. Jak zawsze pierwszy stycznia - nowe nadzieje. To drugi etap po postanowieniach. Tym razem mam nadzieję, że w ciągu najbliższych 365 dni nadzieja pozwoli mi przetrwać nieuniknione, pokonać niechciane, ominąć niepewne i niebezpieczne.
Reszta sama się ułoży. Mam nadzieję.
I kolejny etap: podsumowanie.
W sumie bilans musi wyjść na zero. Ale że ze mnie od zawsze kiepski matematyk, to i bilans od zawsze ujemny... Ubiegłoroczne postanowienia wzięły w łeb jak świąteczny karp. Zdecydowanie minimalistycznie powinnam w tym roku podejść do własnych oczekiwań. Będzie mniej bolało na końcu.
Podsumowując: chyba zabiorę się za pranie, prasowanie itp. Jutro Nowy Rok będzie już tylko wspomnieniem, coraz bardziej mglistym i zatartym przez rzeczywistość. I dobrze...
2009 - (fal)start w nowy rok
cyferka na końcu się zmieniła... Tylko czy to coś zmienia?
Jednakowoż z okazji Nowego Roku 2009 życzę wszystkim:
Szczęścia w życiu osobistym, sukcesów w pracy, dobrego zdrowia, domku z ogródkiem i basenem, eleganckiej limuzyny, samych zwycięstw, spełnienia marzeń, miłych niespodzianek losu, grona prawdziwych przyjaciół, niewyczerpanych pokładów energii, uśmiechu na co dzień, drogi usłanej różami, satysfakcji z pracy, genialnych pomysłów, niskich podatków, słodkiego, miłego życia, świeżości spojrzenia, głównej wygranej w loterii, pozytywnej aury, pogody ducha, pomyślnych wiatrów, gorącej miłości, wygodnych butów, cudownych wakacji, szczęścia, punktualnych pociągów, świętego spokoju, jachtu, żadnych trosk, powodzenia u płci przeciwnej, wysokich lotów, rześkich poranków, pomyślności, smacznego karpia, trafnych decyzji, intuicji w interesach, prezentów od losu, dużego łóżka, pękatego portfela, szerokiej drogi, miłego szefa, jasności umysłu, niebanalnych wyznań, miłych snów, pewności siebie, wielkiej fortuny, wielu uśmiechów, bogatego wujka, błyskotliwych ripost, romantycznych wieczorów, udanych łowów, pasjonującej pracy, szansy na sukces, dużo słodyczy, pozycji lidera, szampańskiej zabawy, mocnego dachu nad głową, samych pozytywnych wibracji, pełni życia, wielu niezapomnianych chwili, dużo słońca, olimpijskiej kondycji, jak najmniej zmartwień, wyjścia z każdej sytuacji, uwielbienia podwładnych, pasma sukcesów, niezmiennie zielonego światła, czystego nieba, stu lat życia, końskiego zdrowia, sławy, pokaźnego konta, manny z nieba, ciągle nowych rekordów, bezpiecznych lądowań, wielu ciekawych znajomości, miejsca na podium, dobrego fryzjera, radosnych świąt, serca jak dzwon, pewnej ręki, komfortowych warunków, przyjemnych doznań, mocnej głowy, otrzymania najwyższych odznaczeń, osiągnięcia wyznaczonych celów, szczęścia w kartach, sprzyjającej pogody, kolorowych chwil, twórczego podejścia do pracy, samych słonecznych dni, uroku osobistego, mnóstwa prezentów, udanych negocjacji, serdecznych przyjaciół, grzecznych dzieci, miejsca w Księdze Rekordów Guinnessa, wesołego towarzystwa, dobrego apetytu, szczęśliwej podróży, poczucia humoru, anielskiej cierpliwości przy czytaniu tych życzeń, wiecznej miłości, niewieszającego się komputera, sławy i chwały, lekkości bytu, pokojowego rozwiązania wszystkich konfliktów, hojnych sponsorów, korzystnego układu gwiazd, miłosnych uniesień, czytelnych instrukcji, cichych wielbicieli, mistrzowskich zagrań, wielu punktów generalskich;dobrej nocy, wielkiej przygody, wystrzałowej zabawy sylwestrowej, zgranej ekipy, lojalnych współpracowników, bujnej wyobraźni, interesujących przeżyć, rodzinnej atmosfery, pomyślnych wieści, radości życia, pełnego szkła, suto zastawionego stołu, złotej rybki, zimnego piwa, zasięgu w każdym miejscu, gry fair play, miejsca w historii, głównych ról, kreatywności, podróży dookoła świata, udanych szkoleń, bogatej kolekcji, dużo wolnego czasu, dobrej passy, celnych strzałów , zdobycia Mount Everestu, wolności, gradu prestiżowych nagród, spokoju ducha, oddechu na codzienność, godnych przeciwników, szczerych komplementów, codziennych atrakcji, świetlanej przyszłości, korzystnego horoskopu, zdjęcia na okładce, miłych sąsiadów, wiary w sukces, mocy zawsze z Tobą, alternatyw, przychylności bogów, własnego odrzutowca, gorączki sobotniej nocy, piwniczki pełnej wina, silnej woli, wyrozumiałego spowiednika, zamku w Szkocji, ambitnych planów, kilku odkryć i wynalazków, owacji na stojąco, zniewalającego uśmiechu, szczęśliwego trafu, płomiennych uczuć, pomocnej dłoni, niezawodnej pamięci, nieprzemijającej urody, asa w rękawie, sprawnych hamulców, dużo nadzienia w pączku, strumieni szampana, kominka, rozbicia banku, recepty na szczęście, zabawy do białego rana, odwagi cywilnej, ptasiego mleczka, przygód z happy endem, długich wakacji, dużo rodzynek w cieście, zmysłowych nocy, gwiazdki z nieba, wiernego psiaka, celnego oka, sportowego wozu, różowych okularów, ruchu w interesie, zgrabnej figury, siły perswazji, zdolności nadprzyrodzonych, zimnej coli, ciepłych i czułych spojrzeń....
[ jak to dobrze, że jest opcja "kopiuj=>wklej" bo chyba sama bym tyle nie napisała ;) ]
sobota, 5 lipca 2008
sobota....
Dorwałam kolejną książkę B. Rosiek. Nie trzeba ćpać, by mieć takie przemyślenia. Ja mam je na co dzień. Czy mogłabym napisać książkę? Ale kto by ją czytał? Tacy sami schizo jak ja? Paranoja.
Życie z każdą chwilą przynosi nieoczekiwane. Kochamy nieosiągalnych. Błądzimy w tym co nam zgotuje codzienność. I nagle gdzieś w kącie własnego "ja" znajdujemy zagubioną cząstkę, mały kryształek, szkiełko lub wytarty przez życie plastikowy odłamek. [Czy mi wszystko musi kojarzyć się z plastikiem? :-) ]
Dziś się skończyło, jutro napiera z nową siłą. Jutro wszystko będzie inaczej. Wszystko się poukłada. Tylko trochę wiary, nadziei i miłości...
Nieprawda. Tylko słońce wstanie jutro inaczej. Reszta pozostanie niezmiennie na swoich miejscach. Będzie tkwić tak aż po kres. I pewnie później dalej będzie tak tkwić, ale już nie dla mnie.
Atam.
piątek, 4 lipca 2008
po urlopie....
Ale z przemyśleń wyrywa mnie muśnięta czerwienią nadmiernej kąpieli słonecznej skóra. I to spasione wakacyjnie cielsko...
Na szczęście to już koniec urlopowych męczarni. Wracam w rzeczywistość. Wracam na ziemię udeptaną, gdzie brak miejsca i czasu na przemyślenia. Zwłaszcza bolesne przemyślenia. W ciągu ośmiu dni zdążyło się tak wiele zdarzyć. Była burza i deszczowe łzy... Słońce wysuszyło ślady po niespełnionych marzeniach. Bo marzenia się nie spełniają. Nie ma takich, nawet najprostszych marzeń, które mogą się spełnić. Wszystko jest tylko złudzeniem trwającym ułamek sekundy krótszy niż mgnienie oka. Pozostaje niesmak goryczy w ustach, gdy starasz się da z siebie więcej niż można a okazuje się, że to nie jest nikomu do niczego na nic... Wszystko jest tylko i wyłącznie niespełnieniem. Teraz czas otrzepać piórka i zabrać się za codzienność. Nie należy koloryzować, mieć i okazywać uczuć, nie można liczyć na nic więcej ponad to, co jest się w stanie zrobić samemu.
Powrócę tu, gdy wyschnie serce....
wtorek, 22 kwietnia 2008
wanilia z Madagaskaru
Ja się na przykład czuję wyjątkowo mimo braku lodów z wanilią. A może właśnie z tego powodu. Czuję się jednakowoż wyjątkowo wyjątkowo. Wyjątkowo jak co dzień nabrałam sobie roboty do domu i wyjątkowo jak nigdy coś z tym zrobiłam. Teraz jestem wyjątkowo zmęczona, ale wyjątkowo nie chce mi się iść spać. Więc siedzę przed kompem wyjątkowo długo. Siedzę i wyjątkowo myślę. To jakby wyjątkowo boli. Zwłaszcza dziś - wyjątkowo. Pewnie jutro myślenie będzie mnie wyjątkowo jeszcze bardziej boleć. Ale już jest powód by czuć się wyjątkowo - nie wydając kasy na lody, nie robiąc sobie wyjątkowo nieudanych przyjemności tylko dlatego że tak trzeba, by poczuć sie jakoś wyjątkowo.
Wyjątkowo udany bełkocik. Życzę sobie wyjątkowo spokojnej nocy. Reszta się pewnie normalnie zwyczajnie poukłada i całą wyjątkowość zaistniałej sytuacji szlag trafi a ja jutro od rana poczuje się zdecydowanie najnormalniej niewyjątkowo.... Czapa!
wtorek, 1 kwietnia 2008
Ty się śmiejesz - a ja w to wierzę....
Czas wiosennych porządków. Znów jest co powyrzucać z głowy, z szafy, z życia...
Słońce wyszło i kłębowisko zaszłości widoczne jest gołym okiem. Trzeba przywdziać szaty bojowe i stanąć twarzą w twarz z wyzwaniem.
Zrobiło się ciepło. Tak ogólnie ciepło. Znów można zacząć snuć pajęczynkę marzeń i oplatać nią codzienność.
Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie....
poniedziałek, 31 marca 2008
ciszę przerwało milczenie.....
to nie jest tak, że jak nie ma mnie to nie ma już nic. jest pustka. pustkowie. przez to pustkowie przebiega przecinka, którą przecinam raz po raz nie zostawiając śladów. zanikam jak ta przecinka - we mgle, w oddali, w nicości. w pustce.
Jak ja okrutnie nienawidzę takiego nastroju! Otacza mnie i osacza. A ja tkwię pośrodku jak kołek w oku. I po co? Dla zasady?
A gdyby tak skończyć to co zaczęte? tak bez uprzedzenia, bez szansy na sprzeciw, bez krzyku i wrzawy wokół nieuniknionego.... tylko coś mnie tu jeszcze trzyma. nie wiem co to jest. może świadomość niedokończonych spraw, które przed końcem należałoby pozamykać... uporządkować chaos, pozbierać do pudełek zabawki, wyprawić podróżników w świat odległy.
Jestem kłębkiem niepoukładanych myśli.
Pomyślę o tym jutro może.....
środa, 23 stycznia 2008
jutro....
Ale dziś żyjmy. Trzeba każdą chwilę przeżyć tak, jakby miała być ostatnią. Bo jeśli rzeczywiście będzie to ostatnia z chwil, to nie będzie nawet chwili czasu by pożałować, że nie była taka, jakiej chcieliśmy. ...
reszta jest milczeniem
wtorek, 15 stycznia 2008
galimatjas
Zawsze jest tak, jak nigdy wcześniej. I poźniej już nigdy tak nie będzie.
Zamotana jak ćma w kloszu wokół żarówki miotam się i nie znajduję wyjścia. Chyba znów straciłam wątek. W sumie nie po raz pierwszy w życiu. I na pewno nie ostatni. Kolejny chory układ w gwiazdozbiorze. Po jaką cholerę wzbiłam się tak wysoko? Czy aby na pewno tak tylko dla czystego sportu? Egoistycznie i samolubnie straciłam poczucie rzeczywistości. A przecież z drugiej strony stoi człowiek. Ma swoje uczucia, odczucia, emocje.... Sugestie zawistnych spowodowały, że nie pomyślałam o tym odpowiednio wcześnie. Teraz, dwie chwile później, może być już o trzy chwile za daleko. To wszystko mnie zdecydowanie przerasta
- ja jestem tylko mikruskiem na tym świecie, małym elementem mechanizmu, który ma do spełnienia swoją rolę. Nie powinnam chyba marzyć i pragnąć....
poniedziałek, 17 grudnia 2007
między dnem a dnem
Jak zawsze na koniec roku, człowiek wpada w wir postanowień. Od przybytku głowa nie boli, więc mam tych postanowień więcej pewnie, niż udźwignąć zdołam. Jak uda mi się zrealizować ich przynajmniej 50%, to moje życie będzie wywrócone do góry nogami. A "moje życie do góry nogami" oznacza tyle samo co normalność. Jasne, są rzeczy, które od normalności zawsze będą odbiegały. Ale będzie to tylko tych kilka małych drobiazgów. Resztę doprowadzę do stanu znormalnienia. Już zaczęłam porządkować sprawy i oddzielać rzeczywistość od mrzonek. Rozprawiłam się z przeszłością, teraźniejszość nierealną zamiatam pod dywan. Jeszcze wystaje frędzelek czy dwa. Jeszcze trochę ją widać i daje znać o sobie. Ale coraz realistyczniej podchodząc do spraw kilku wysnuwam wnioski... To boli i leczy.
niedziela, 2 grudnia 2007
noc
czwartek, 29 listopada 2007
Wyciszenie
Coś we mnie ucicha, zanika. Po euforii nadchodzi emocjonalna zima. Brak tlenu powoduje, że ogień wygasa. A ja cierpię na chroniczny brak tlenu. Niedotlenienie serca powoduje niedotlenieniem mózgu. I tworzą się myśli dziwne. Jeszcze mam trochę siły na walkę, jeszcze tli się iskierka nadziei - ale wszystko to z dnia na dzień słabnie i zanika. Jeszcze odczuwam brak i to jest nadzieją. Jeszcze odczuwam potrzebę i staram się jej kurczowo trzymać. Jeszcze jestem. Jestem już cieniem coraz bledszym. Jestem gasnącym zarzewiem mającego nadejść pożaru. Jeśli zgasnę, pożaru nie będzie. Sama w sobie rozdmuchuję iskierki, by nie zgasnąć. Ale w płucach brakuje tlenu. Nie mam siły dmuchać. Słabnę. Znikam...
Czy ktoś odnajdzie mnie pod zaspą śnieżną? Czy może krokusy zakwitną na miejscu, gdzie byłam?
poniedziałek, 26 listopada 2007
i co?
********************
********************
******************** i śniegi.
i śliiii___________sko :)
I tyle ....
Może niezbyt się dziś wykazałam, ale ... to jedyne, na co stać mnie po dniu zmęczonym. Zmęczenie jak płatki śniegu powoli opada na powieki, otula puchową kołdrą i zanurzam się w snach.
Snach nie wyśnionych.
Snach niewiadomych.
Bezwiednych snach o niczym.
A wszystko tylko po to, by świtem bladym powrócić do świata zdarzeń i zderzeń. W taką pogodę to o zderzenie nietrudno. Zwłaszcza o zderzenie z rzeczywistością. Człowiek oczy otwiera i ... widzi, że jest zakleszczony, bez możliwości ruchu i bez wyjścia.
Wrócę jutro może... dzisiaj nie jest dzień świstaka - dzisiaj nie jest mój dzień.
Jeszcze nie...
niedziela, 25 listopada 2007
Wielkie sprzątanie świata
Tak też zrobiłam.
Wokół cicho i spokojnie. Nawet najmniejszego podmuchu wiatru, ani jednej chmury mogącej zakłócić ten spokój jakimś niespodziewanym i nieproszonym deszczem czy gradobiciem. Wszystko stało się tak odległe, tak niesłychanie odległe. Ludzie się oddalili. Rzeczy się oddaliły. Wygasają wzburzone fale emocji. I tylko cisza i spokój. Świat normalnieje.
Powoli układam porozsypywane puzzle i okruchy ostatnich zdarzeń. Jak Kopciuszek staram się wyłuskać mak z popiołu. Za dużo tu popiołu się nasypało. Jakby spaliło się coś naprawdę wielkiego. A może by tak odkurzaczem wciągnąć wszystko jak leci, wynieść do zsypu... Makowe ziarenka nadziei są zbyt małe, zbyt trudno wyłuskać je i otrzepać z kurzu.
Jeśli cud ma się stać, to się stanie bez względu na to, czy będziemy nań czekać, czy nie. Tymczasem rzeczy dzieją się ciągle i nie można pozwolić im umknąć tkwiąc w bezruchu. Życie jest zbyt krótkie, mija zbyt intensywnie. Mam jeszcze kilka pięknych zdjęć do zrobienia, nim pójdę tam, skąd nie ma powrotu....
wtorek, 13 listopada 2007
zimowe zamysły
siadam pod niebem gwiazd
a w myślach rysuje się postać
- to ja jeszcze? czy już nie ja?....
Gdy świat pokrył się kołdrą białą
a noce są dłuższe niż sny
zegar bezdusznym tik-tak
odlicza najdłuższe z chwil
Straconych dni bezszelestnie
w kominku unoszą się skry...
uczucia skrywane odwiecznie
buchają zmieniając świat w dym...
Przychodzi coś, coś się zmienia,
rozbija się serce o lód
w ten czas zimowych zawieruch
marzenia... tęsknota... chłód...
niedziela, 11 listopada 2007
śnieg....
Jesienną zadumę gwałtownie przerwała nawałnica białego puchu. Śnieg pokrył cały mój świat. Nie jestem gotowa na zimowe szaleństwo. Mam niezimowe oponki, niezimowe odzienie, niezimowe myśli. W duszy raczej wiosenna burza pełna błyskawic i grzmotów. A ten śnieg ni z tego ni z owego spadł, by ostudzić emocje. Marzenia zamrozić pięknym wzorem na szybie. Zepchnąć na plan dalszy (5 x dalszy) ciepłe myśli.
Wielkimi krokami nadchodzi czas długich zimowych wieczorów, w których jedynym ciepłym akcentem jest kubek kakao... Czas przedświątecznego sprzątania mojego małego świata. Czas pożegnań i postanowień. Czas refleksji nad przemijaniem. Czas, by wkroczyć w nowy świat.
Spadający ze ściany kalendarz bezlitosnym hukiem uświadomi mi po raz kolejny upływ czasu. Kolejny "level" przebrnięty z mozołem. Trzeba wylizać rany, podliczyć zyski (brak) i straty (oj!). Rzucić się z nadzieją na kolejne wyzwania, by za rok stwierdzić, że się nie potrafiło im sprostać.
A teraz rządzi Matthias Reim:
"Doch da war mehr
Wir hatten nicht den Mut, uns das zu sagen
Im Kopf stell' ich mir tausendmal die Frage:
War da nicht mehr für Dich und mich?
War'n wir zu blöd, es zu kapier'n
War da nicht mehr, um so zu enden,
Um aneinander zu erfrier'n?"
czwartek, 8 listopada 2007
jesień przyszła - nie ma na to rady...
Zimno zrobiło się z chwili na chwilę... Sen się kończy i trzeba świtkiem opuścić rozgrzane pielesze, wcisnąć się w odzież wierzchnią (ilość jej warstw wzrasta z dnia na dzień), przemieścić ciało do pracy... Brrr. Chyba popsuła się klimatyzacja.
W górach leżą już pierwsze warstwy śniegu. Zapowiedź zimowego szaleństwa. Ale w kotlince smutno, buro i ponuro. Deszcze, mgły i niedosłonecznienie. Po ulicach przesuwają się jednobarwne postaci - równie szaro-bure jak cała zewnętrzna otoczka. Po złotej, pięknej i słonecznej jesieni nie zostały już żadne ślady. Drzewa gną się na wietrze ogołocone z marzeń. Przygarbione postaci brną naprzód, pod wiatr, między kroplami deszczu. Mają jakieś swoje cele, drogi do przebycia, światełka na końcu tunelu. I dla tych światełek warto przetrwać zawieruchę, pluchę, jesień. Byle do wiosny.
Byle do wiosny...
środa, 7 listopada 2007
real
Cierpienia młodego werthera to fikcja. buddenbrookowie to fikcja. harry potter to fikcja. i władca pierścienia też fikcja. Cała chmielewska i musierowicz, nawet wisłocka to fikcja. Realny świat ma swoje prawa, których nie da się w fikcji osadzić. W przeciwnym razie żylibyśmy wszyscy jak isaura i leoncio, jak jaś i małgosia, jak calineczka i tomcio paluszek, jak "m jak miłość"... A tak nie jest.
Od zmierzchu do świtu i od świtu do zmierzchu, wszystko wygląda inaczej. Dni mijają jeden za drugim. Każdy coś ze sobą przynosi - raczej rzadko to, czego pragniemy i na co czekamy. Jak zmienić fikcję w real? jak przyprawić uczuciom skrzydła? jak przeżyć ten czas, by na progu można było powiedzieć Św. Piotrowi - niczego nie żałuję. Dlaczego zawsze to, co kochamy przecieka nam przez palce? Dlaczego gonimy króliczka i nie łapiemy go?
Mój króliczek pewnie gdzieś jest. Czy jest tylko przytulanką? Czy jest ze mną wtedy tylko, gdy czegoś mu brak? Gdy oderwie się uszko, odpadnie ogonek? Gdy potrzebuje pogłaskania po brzuszku? A co będzie, jeśli to mi odpadnie ogonek, naderwie się uszko, rozpruje się brzuszek?
Realny świat skieruje mnie na wysypisko zabawek - nie będę potrzebna już nikomu. powoli, bardzo powoli, jeszcze bardziej powoli - ale jednak: zaczynam przyzwyczajać się do realu, do wysypiska....
up & down
Całe życie wzloty i bolesne upadki. Po ostatnim wzlocie - było cudownie, pięknie (nie myślałam już, że taki wzlot jest możliwy) i upadku (bolesnym nad wyraz, całe życie przeleciało przed oczami i właściwie to pewnie nic już się nie zdarzy, bo mnie nie ma) zbieram kości do kupy i staram się poukładać z nich szkielet.... Szkielet racjonalnych myśli. Mam lat xx i za sobą więcej upadków niż wzlotów. Pewnie dlatego, że na drodze wyboistej więcej się człowiek potyka niż wzlata... A szkielet muszę teraz stabilny zbudować. Życia lat kilka przede mną jeszcze, dzieciaki trzeba do samodzielności doprowadzić. Nie może mnie byle wietrzyk łamać i strzępami po świecie rozrzucać. Tu jest moje miejsce. Moja twierdza. Moje życie. Moja nadzieja... Może zbyt wybujała nadzieja, może bez szans na spełnienie, okupiona szalonym cierpieniem, na które sama się skazałam ... codziennie po 22giej - godzina tęsknoty. Myśli o niespełnieniu. Czas bólu w dołku. Beznadziei. Rozpaczy. Gniewu na siebie samą. Znów zainstalowałam się w marzeniach. Koszmar. Rano podniosę kości, zatargam je do pracy. Minie dzień jak co dzień. Upadnę znów wieczorem przed ołtarzem z marzeń. Na kolana. Krzyżem będę leżeć. Wtopię się w podłoże. I usnę, by świtem bladym nadziei wypatrywać. A jej coraz mniej. Coraz bardziej to mglistą się osnuwa kotarą. Każdy dzień miast nas zbliżać oddala nas od siebie. I znów: IMYALYSM - jeśli wiesz o czym ja mówię....
wtorek, 6 listopada 2007
....
czyjeś ciało i ziemię całą...
A zostaje tylko fotografia,
to to jest bardzo mało..."
M.Pawlikowska-Jasnorzewska
A już totalna porażka, gdy zostaje fotografia po tym, czego się nie miało...
Widzę jak dziś przed oczami moją Mamę na wielbłądzie... Minęło pięć lat. W marcu sześć już będzie... Rozrabianie jej pod nosem było rozkoszą. Patrzył człowiek w przepaść pokoleń i myślał - co się czepiasz staruszko - to młodość we mnie szaleje. Teraz patrzę na młodość - to przepaść pode mną.
Własne mlekodoje się teraz chowa. Ich wybryki czasem o zawał przyprawią... czasem szczęśliwe chwile to motyle... reszta zostaje milczeniem. Wymaga się od latorośli mądrości, pokory. Człowiek zapomina, że w tym wieku był różny. Różny od zasad, od norm i przepisów, różny od kanonu lektur. Goliło się czachę (w końcu kobiecie nie przystoi) - ale jak syn włosy zapuści to już przeszkadzać zaczyna. Próchno się sypie z człowieka przy każdym ruchu. Swoje racje chce się przenieść na pokolenie poniżej. I porażka za porażką. Ale nam też nikt nie powiedział jak żyć mamy. Że trzeba rozmawiać, cieszyć się życiem, że trzeba szczęścia trochę załapać. Szkoła, nauka, trochę codzienności. Kupki, zupki - i wychowało się kolejną matkę... Matkę Polkę nie Polkę. Taka sama a inna. Dwa pokolenia w dół i już nie ta sama. Ale dalej matka. A że pragnie kochać - dzieci kochać to jedno (niepowtarzalne cokolwiek i cudowne uczucie), miłości prawdziwej zaznać - coś innego. Napatrzy się człowiek za młodu na życie rodzinne, naogląda się zdjęć i obrazków codziennych. Na zdjęciach rodzina jak się patrzy, codzienność uderza po skroniach. I trzeba później wybierać - miłość, czy święty spokój, życie, czy trwanie. Porażka na całym froncie.
bieg do mety
"Cokolwiek między ludźmi kończy się, znaczy, że nigdy się nie zaczęło.
Gdyby prawdziwie się zaczęło - nie skończyłoby się.
Cokolwiek prawdziwie zaczyna się, nigdy się nie kończy."
E.Stachura
hmmm.
Jeśli więc skończyło się, znaczy, że nie zaistniało? Zaczynam wierzyć w choroby psychiczne - urojenia, rozdwojenia, marzenia... Walki z wiatrakami...
Czy koniec to dobre miejsce na podejmowanie decyzji? Chyba mało który maratończyk podejmuje decyzję o tym, jak będzie biegł, na mecie.... Może to czas na odpoczynek? Może zamiast rwać się do biegu ponownie trzeba teraz przystanąć, odczekać chwilę, aż zagoją się rany na stopach po długim biegu, biegu na orientację. Z orientacją jednak nie miało to wiele wspólnego. Stoję na mecie totalnie zdezorientowana. I chyba to nie jest moja meta! Przebiegłam taki kawał życia i trafiłam na nieswoją metę! Czysty obłęd! I stoję na tej mecie z głową pełną pomysłów, decyzji, przemyśleń. Może mój kolejny bieg skończy się na tej właściwej mecie?... Jak następnym razem skręce w prawo a później w lewo, jak zatrzymam się przy pniaczku, jak przysiądę czasem na kamieniu, jak odskoczę na chwilkę na przełaj przez zagajnik, jak minę trzy świerki z prawej strony... A może czas po prostu nauczyć się korzystać z kompasu?
poniedziałek, 5 listopada 2007
matrix - rewolucje
i zaczyna się coś dziać. To nie ważne, że sama inspiracja znika jak mgła nad kotlinką - tak samo szybko jak się pojawiła. Zmiany wywołane nią zaczynają nabierać kształtów. Rewolucja rozpędza się i uderza w sedno. To tam właśnie jestem. Jestem i napędzam motorek. Przecież tyle mam do osiągnięcia. Tyle gór do zdobycia, tyle szczytów. Nawet szczyt szczęścia - też jeszcze przede mną.
Ale zanim przejdę do spraw tak przyziemnych jak uczucia, uniesienia, obfite "kocham" w głęboką noc, zanim zachłysnę się szczęściem samym w sobie, zanim umrę - jest jeszcze tyle do zrobienia! Zakupy, praca, remont, wielkie sprzątanie przeszłości. Wyjmuję odkurzacz i biegam za nim po domu, by z każdego kąta wyssać każdą, najmniejszą nawet odrobinkę przeszłości. Odkurzam zdjęcia i wspomnienia ulatują. Zmiany zaczynam od kosmetyki zewnętrznej, ale dobre i to. Wewnętrznie gotuję się do walki. Bo wojna we mnie tkwi wielka. Jeszcze troszkę czekam na swój rok 1410. Jeszcze nagie miecze trzymam pod kołdrą utkaną ze wspomnień. Jeszcze nie dziś, bo nie ma upału. Ale jeszcze styczeń, luty, maj i nadejdzie wiekopomna chwila.
I tylko noce czarniejsze od kawy [bo ja kawę zawsze z mleczkiem piję :)]. Jeszcze trochę dokucza żal. Jeszcze troszkę krwawi zbyt świeża rana. Ale apteczka pod ręką. Woda utleniona, bandaż - i jedziemy dalej. Jutro znów będzie dzień, wieczór, pora niczyja. I ja będę tutaj. Niezmiennie. ILYM - cokolwiek by to miało oznaczać :)