niedziela, 25 listopada 2007

Wielkie sprzątanie świata

Po burzy przyszedł czas na sprzątanie i usuwanie szkód. Huragany przetaczające się przez moje życie oddaliły się i zamilkły. Może już nie powrócą... Ta cisza trwa już wystarczająco długo, by wystawić nosek z dziupli i rozejrzeć się po świecie...
Tak też zrobiłam.
Wokół cicho i spokojnie. Nawet najmniejszego podmuchu wiatru, ani jednej chmury mogącej zakłócić ten spokój jakimś niespodziewanym i nieproszonym deszczem czy gradobiciem. Wszystko stało się tak odległe, tak niesłychanie odległe. Ludzie się oddalili. Rzeczy się oddaliły. Wygasają wzburzone fale emocji. I tylko cisza i spokój. Świat normalnieje.
Powoli układam porozsypywane puzzle i okruchy ostatnich zdarzeń. Jak Kopciuszek staram się wyłuskać mak z popiołu. Za dużo tu popiołu się nasypało. Jakby spaliło się coś naprawdę wielkiego. A może by tak odkurzaczem wciągnąć wszystko jak leci, wynieść do zsypu... Makowe ziarenka nadziei są zbyt małe, zbyt trudno wyłuskać je i otrzepać z kurzu.
Jeśli cud ma się stać, to się stanie bez względu na to, czy będziemy nań czekać, czy nie. Tymczasem rzeczy dzieją się ciągle i nie można pozwolić im umknąć tkwiąc w bezruchu. Życie jest zbyt krótkie, mija zbyt intensywnie. Mam jeszcze kilka pięknych zdjęć do zrobienia, nim pójdę tam, skąd nie ma powrotu....