... i zimno.
Zimno zrobiło się z chwili na chwilę... Sen się kończy i trzeba świtkiem opuścić rozgrzane pielesze, wcisnąć się w odzież wierzchnią (ilość jej warstw wzrasta z dnia na dzień), przemieścić ciało do pracy... Brrr. Chyba popsuła się klimatyzacja.
W górach leżą już pierwsze warstwy śniegu. Zapowiedź zimowego szaleństwa. Ale w kotlince smutno, buro i ponuro. Deszcze, mgły i niedosłonecznienie. Po ulicach przesuwają się jednobarwne postaci - równie szaro-bure jak cała zewnętrzna otoczka. Po złotej, pięknej i słonecznej jesieni nie zostały już żadne ślady. Drzewa gną się na wietrze ogołocone z marzeń. Przygarbione postaci brną naprzód, pod wiatr, między kroplami deszczu. Mają jakieś swoje cele, drogi do przebycia, światełka na końcu tunelu. I dla tych światełek warto przetrwać zawieruchę, pluchę, jesień. Byle do wiosny.
Byle do wiosny...
czwartek, 8 listopada 2007
Subskrybuj:
Posty (Atom)