czwartek, 29 listopada 2007

Wyciszenie

i spokój....
Coś we mnie ucicha, zanika. Po euforii nadchodzi emocjonalna zima. Brak tlenu powoduje, że ogień wygasa. A ja cierpię na chroniczny brak tlenu. Niedotlenienie serca powoduje niedotlenieniem mózgu. I tworzą się myśli dziwne. Jeszcze mam trochę siły na walkę, jeszcze tli się iskierka nadziei - ale wszystko to z dnia na dzień słabnie i zanika. Jeszcze odczuwam brak i to jest nadzieją. Jeszcze odczuwam potrzebę i staram się jej kurczowo trzymać. Jeszcze jestem. Jestem już cieniem coraz bledszym. Jestem gasnącym zarzewiem mającego nadejść pożaru. Jeśli zgasnę, pożaru nie będzie. Sama w sobie rozdmuchuję iskierki, by nie zgasnąć. Ale w płucach brakuje tlenu. Nie mam siły dmuchać. Słabnę. Znikam...
Czy ktoś odnajdzie mnie pod zaspą śnieżną? Czy może krokusy zakwitną na miejscu, gdzie byłam?

poniedziałek, 26 listopada 2007

i co?

i zima.
********************
********************
******************** i śniegi.
i śliiii___________sko :)

I tyle ....
Może niezbyt się dziś wykazałam, ale ... to jedyne, na co stać mnie po dniu zmęczonym. Zmęczenie jak płatki śniegu powoli opada na powieki, otula puchową kołdrą i zanurzam się w snach.
Snach nie wyśnionych.
Snach niewiadomych.
Bezwiednych snach o niczym.
A wszystko tylko po to, by świtem bladym powrócić do świata zdarzeń i zderzeń. W taką pogodę to o zderzenie nietrudno. Zwłaszcza o zderzenie z rzeczywistością. Człowiek oczy otwiera i ... widzi, że jest zakleszczony, bez możliwości ruchu i bez wyjścia.
Wrócę jutro może... dzisiaj nie jest dzień świstaka - dzisiaj nie jest mój dzień.
Jeszcze nie...

niedziela, 25 listopada 2007

Wielkie sprzątanie świata

Po burzy przyszedł czas na sprzątanie i usuwanie szkód. Huragany przetaczające się przez moje życie oddaliły się i zamilkły. Może już nie powrócą... Ta cisza trwa już wystarczająco długo, by wystawić nosek z dziupli i rozejrzeć się po świecie...
Tak też zrobiłam.
Wokół cicho i spokojnie. Nawet najmniejszego podmuchu wiatru, ani jednej chmury mogącej zakłócić ten spokój jakimś niespodziewanym i nieproszonym deszczem czy gradobiciem. Wszystko stało się tak odległe, tak niesłychanie odległe. Ludzie się oddalili. Rzeczy się oddaliły. Wygasają wzburzone fale emocji. I tylko cisza i spokój. Świat normalnieje.
Powoli układam porozsypywane puzzle i okruchy ostatnich zdarzeń. Jak Kopciuszek staram się wyłuskać mak z popiołu. Za dużo tu popiołu się nasypało. Jakby spaliło się coś naprawdę wielkiego. A może by tak odkurzaczem wciągnąć wszystko jak leci, wynieść do zsypu... Makowe ziarenka nadziei są zbyt małe, zbyt trudno wyłuskać je i otrzepać z kurzu.
Jeśli cud ma się stać, to się stanie bez względu na to, czy będziemy nań czekać, czy nie. Tymczasem rzeczy dzieją się ciągle i nie można pozwolić im umknąć tkwiąc w bezruchu. Życie jest zbyt krótkie, mija zbyt intensywnie. Mam jeszcze kilka pięknych zdjęć do zrobienia, nim pójdę tam, skąd nie ma powrotu....

wtorek, 13 listopada 2007

zimowe zamysły

W wieczory bezkresne czekaniem
siadam pod niebem gwiazd
a w myślach rysuje się postać
- to ja jeszcze? czy już nie ja?....

Gdy świat pokrył się kołdrą białą
a noce są dłuższe niż sny
zegar bezdusznym tik-tak
odlicza najdłuższe z chwil

Straconych dni bezszelestnie
w kominku unoszą się skry...
uczucia skrywane odwiecznie
buchają zmieniając świat w dym...

Przychodzi coś, coś się zmienia,
rozbija się serce o lód
w ten czas zimowych zawieruch
marzenia... tęsknota... chłód...

niedziela, 11 listopada 2007

śnieg....

Czas na kolejną porcję ekshibicjonizmu....

Jesienną zadumę gwałtownie przerwała nawałnica białego puchu. Śnieg pokrył cały mój świat. Nie jestem gotowa na zimowe szaleństwo. Mam niezimowe oponki, niezimowe odzienie, niezimowe myśli. W duszy raczej wiosenna burza pełna błyskawic i grzmotów. A ten śnieg ni z tego ni z owego spadł, by ostudzić emocje. Marzenia zamrozić pięknym wzorem na szybie. Zepchnąć na plan dalszy (5 x dalszy) ciepłe myśli.
Wielkimi krokami nadchodzi czas długich zimowych wieczorów, w których jedynym ciepłym akcentem jest kubek kakao... Czas przedświątecznego sprzątania mojego małego świata. Czas pożegnań i postanowień. Czas refleksji nad przemijaniem. Czas, by wkroczyć w nowy świat.
Spadający ze ściany kalendarz bezlitosnym hukiem uświadomi mi po raz kolejny upływ czasu. Kolejny "level" przebrnięty z mozołem. Trzeba wylizać rany, podliczyć zyski (brak) i straty (oj!). Rzucić się z nadzieją na kolejne wyzwania, by za rok stwierdzić, że się nie potrafiło im sprostać.

A teraz rządzi Matthias Reim:
"Doch da war mehr
Wir hatten nicht den Mut, uns das zu sagen
Im Kopf stell' ich mir tausendmal die Frage:
War da nicht mehr für Dich und mich?
War'n wir zu blöd, es zu kapier'n
War da nicht mehr, um so zu enden,
Um aneinander zu erfrier'n?"

czwartek, 8 listopada 2007

jesień przyszła - nie ma na to rady...

... i zimno.
Zimno zrobiło się z chwili na chwilę... Sen się kończy i trzeba świtkiem opuścić rozgrzane pielesze, wcisnąć się w odzież wierzchnią (ilość jej warstw wzrasta z dnia na dzień), przemieścić ciało do pracy... Brrr. Chyba popsuła się klimatyzacja.
W górach leżą już pierwsze warstwy śniegu. Zapowiedź zimowego szaleństwa. Ale w kotlince smutno, buro i ponuro. Deszcze, mgły i niedosłonecznienie. Po ulicach przesuwają się jednobarwne postaci - równie szaro-bure jak cała zewnętrzna otoczka. Po złotej, pięknej i słonecznej jesieni nie zostały już żadne ślady. Drzewa gną się na wietrze ogołocone z marzeń. Przygarbione postaci brną naprzód, pod wiatr, między kroplami deszczu. Mają jakieś swoje cele, drogi do przebycia, światełka na końcu tunelu. I dla tych światełek warto przetrwać zawieruchę, pluchę, jesień. Byle do wiosny.
Byle do wiosny...

środa, 7 listopada 2007

real

tak, to co w życiu jedyne - realizm.

Cierpienia młodego werthera to fikcja. buddenbrookowie to fikcja. harry potter to fikcja. i władca pierścienia też fikcja. Cała chmielewska i musierowicz, nawet wisłocka to fikcja. Realny świat ma swoje prawa, których nie da się w fikcji osadzić. W przeciwnym razie żylibyśmy wszyscy jak isaura i leoncio, jak jaś i małgosia, jak calineczka i tomcio paluszek, jak "m jak miłość"... A tak nie jest.
Od zmierzchu do świtu i od świtu do zmierzchu, wszystko wygląda inaczej. Dni mijają jeden za drugim. Każdy coś ze sobą przynosi - raczej rzadko to, czego pragniemy i na co czekamy. Jak zmienić fikcję w real? jak przyprawić uczuciom skrzydła? jak przeżyć ten czas, by na progu można było powiedzieć Św. Piotrowi - niczego nie żałuję. Dlaczego zawsze to, co kochamy przecieka nam przez palce? Dlaczego gonimy króliczka i nie łapiemy go?
Mój króliczek pewnie gdzieś jest. Czy jest tylko przytulanką? Czy jest ze mną wtedy tylko, gdy czegoś mu brak? Gdy oderwie się uszko, odpadnie ogonek? Gdy potrzebuje pogłaskania po brzuszku? A co będzie, jeśli to mi odpadnie ogonek, naderwie się uszko, rozpruje się brzuszek?
Realny świat skieruje mnie na wysypisko zabawek - nie będę potrzebna już nikomu. powoli, bardzo powoli, jeszcze bardziej powoli - ale jednak: zaczynam przyzwyczajać się do realu, do wysypiska....

up & down

i tak w kółko.

Całe życie wzloty i bolesne upadki. Po ostatnim wzlocie - było cudownie, pięknie (nie myślałam już, że taki wzlot jest możliwy) i upadku (bolesnym nad wyraz, całe życie przeleciało przed oczami i właściwie to pewnie nic już się nie zdarzy, bo mnie nie ma) zbieram kości do kupy i staram się poukładać z nich szkielet.... Szkielet racjonalnych myśli. Mam lat xx i za sobą więcej upadków niż wzlotów. Pewnie dlatego, że na drodze wyboistej więcej się człowiek potyka niż wzlata... A szkielet muszę teraz stabilny zbudować. Życia lat kilka przede mną jeszcze, dzieciaki trzeba do samodzielności doprowadzić. Nie może mnie byle wietrzyk łamać i strzępami po świecie rozrzucać. Tu jest moje miejsce. Moja twierdza. Moje życie. Moja nadzieja... Może zbyt wybujała nadzieja, może bez szans na spełnienie, okupiona szalonym cierpieniem, na które sama się skazałam ... codziennie po 22giej - godzina tęsknoty. Myśli o niespełnieniu. Czas bólu w dołku. Beznadziei. Rozpaczy. Gniewu na siebie samą. Znów zainstalowałam się w marzeniach. Koszmar. Rano podniosę kości, zatargam je do pracy. Minie dzień jak co dzień. Upadnę znów wieczorem przed ołtarzem z marzeń. Na kolana. Krzyżem będę leżeć. Wtopię się w podłoże. I usnę, by świtem bladym nadziei wypatrywać. A jej coraz mniej. Coraz bardziej to mglistą się osnuwa kotarą. Każdy dzień miast nas zbliżać oddala nas od siebie. I znów: IMYALYSM - jeśli wiesz o czym ja mówię....

wtorek, 6 listopada 2007

....

"Gdy się miało szczęście, które się nie trafia,
czyjeś ciało i ziemię całą...
A zostaje tylko fotografia,
to to jest bardzo mało..."
M.Pawlikowska-Jasnorzewska

A już totalna porażka, gdy zostaje fotografia po tym, czego się nie miało...

Widzę jak dziś przed oczami moją Mamę na wielbłądzie... Minęło pięć lat. W marcu sześć już będzie... Rozrabianie jej pod nosem było rozkoszą. Patrzył człowiek w przepaść pokoleń i myślał - co się czepiasz staruszko - to młodość we mnie szaleje. Teraz patrzę na młodość - to przepaść pode mną.
Własne mlekodoje się teraz chowa. Ich wybryki czasem o zawał przyprawią... czasem szczęśliwe chwile to motyle... reszta zostaje milczeniem. Wymaga się od latorośli mądrości, pokory. Człowiek zapomina, że w tym wieku był różny. Różny od zasad, od norm i przepisów, różny od kanonu lektur. Goliło się czachę (w końcu kobiecie nie przystoi) - ale jak syn włosy zapuści to już przeszkadzać zaczyna. Próchno się sypie z człowieka przy każdym ruchu. Swoje racje chce się przenieść na pokolenie poniżej. I porażka za porażką. Ale nam też nikt nie powiedział jak żyć mamy. Że trzeba rozmawiać, cieszyć się życiem, że trzeba szczęścia trochę załapać. Szkoła, nauka, trochę codzienności. Kupki, zupki - i wychowało się kolejną matkę... Matkę Polkę nie Polkę. Taka sama a inna. Dwa pokolenia w dół i już nie ta sama. Ale dalej matka. A że pragnie kochać - dzieci kochać to jedno (niepowtarzalne cokolwiek i cudowne uczucie), miłości prawdziwej zaznać - coś innego. Napatrzy się człowiek za młodu na życie rodzinne, naogląda się zdjęć i obrazków codziennych. Na zdjęciach rodzina jak się patrzy, codzienność uderza po skroniach. I trzeba później wybierać - miłość, czy święty spokój, życie, czy trwanie. Porażka na całym froncie.

bieg do mety

Coś zaczyna się, gdy coś się skończy. Lub coś się kończy, by coś mogło się zacząć. Na początku jest koniec. Na końcu jest początek. Najgorsza jest ta przestrzeń pomiędzy końcem a początkiem, gdzie nie ma nic. Niby nie ma tak, by nie było nic, bo Kononowicz pewnie zostałby prezydentem. Ale tu nie chodzi o "nic absolutne". Tylko taki chwilowy bezruch, "przystanek Alaska", czekanie na Godota...

"Cokolwiek między ludźmi kończy się, znaczy, że nigdy się nie zaczęło.
Gdyby prawdziwie się zaczęło - nie skończyłoby się.
Cokolwiek prawdziwie zaczyna się, nigdy się nie kończy."
E.Stachura

hmmm.

Jeśli więc skończyło się, znaczy, że nie zaistniało? Zaczynam wierzyć w choroby psychiczne - urojenia, rozdwojenia, marzenia... Walki z wiatrakami...

Czy koniec to dobre miejsce na podejmowanie decyzji? Chyba mało który maratończyk podejmuje decyzję o tym, jak będzie biegł, na mecie.... Może to czas na odpoczynek? Może zamiast rwać się do biegu ponownie trzeba teraz przystanąć, odczekać chwilę, aż zagoją się rany na stopach po długim biegu, biegu na orientację. Z orientacją jednak nie miało to wiele wspólnego. Stoję na mecie totalnie zdezorientowana. I chyba to nie jest moja meta! Przebiegłam taki kawał życia i trafiłam na nieswoją metę! Czysty obłęd! I stoję na tej mecie z głową pełną pomysłów, decyzji, przemyśleń. Może mój kolejny bieg skończy się na tej właściwej mecie?... Jak następnym razem skręce w prawo a później w lewo, jak zatrzymam się przy pniaczku, jak przysiądę czasem na kamieniu, jak odskoczę na chwilkę na przełaj przez zagajnik, jak minę trzy świerki z prawej strony... A może czas po prostu nauczyć się korzystać z kompasu?

poniedziałek, 5 listopada 2007

matrix - rewolucje

inspiracja.
i zaczyna się coś dziać. To nie ważne, że sama inspiracja znika jak mgła nad kotlinką - tak samo szybko jak się pojawiła. Zmiany wywołane nią zaczynają nabierać kształtów. Rewolucja rozpędza się i uderza w sedno. To tam właśnie jestem. Jestem i napędzam motorek. Przecież tyle mam do osiągnięcia. Tyle gór do zdobycia, tyle szczytów. Nawet szczyt szczęścia - też jeszcze przede mną.
Ale zanim przejdę do spraw tak przyziemnych jak uczucia, uniesienia, obfite "kocham" w głęboką noc, zanim zachłysnę się szczęściem samym w sobie, zanim umrę - jest jeszcze tyle do zrobienia! Zakupy, praca, remont, wielkie sprzątanie przeszłości. Wyjmuję odkurzacz i biegam za nim po domu, by z każdego kąta wyssać każdą, najmniejszą nawet odrobinkę przeszłości. Odkurzam zdjęcia i wspomnienia ulatują. Zmiany zaczynam od kosmetyki zewnętrznej, ale dobre i to. Wewnętrznie gotuję się do walki. Bo wojna we mnie tkwi wielka. Jeszcze troszkę czekam na swój rok 1410. Jeszcze nagie miecze trzymam pod kołdrą utkaną ze wspomnień. Jeszcze nie dziś, bo nie ma upału. Ale jeszcze styczeń, luty, maj i nadejdzie wiekopomna chwila.
I tylko noce czarniejsze od kawy [bo ja kawę zawsze z mleczkiem piję :)]. Jeszcze trochę dokucza żal. Jeszcze troszkę krwawi zbyt świeża rana. Ale apteczka pod ręką. Woda utleniona, bandaż - i jedziemy dalej. Jutro znów będzie dzień, wieczór, pora niczyja. I ja będę tutaj. Niezmiennie. ILYM - cokolwiek by to miało oznaczać :)

no to siup :)

Chyba każdy kiedyś dojrzewa. Dojrzewa do przedszkola, do szkoły... do życia. Moje dojrzewanie jest jakoś dziwnie wydłużone w czasie. Był czas na zabawę, na zadumę, czas na refleksję, burzliwe miłości, dwie cudne istoty będące ich wynikiem, niespełnienia i wielkie (to dobre słowo) wielkie rozczarowania. Myślę, że właśnie nadszedł czas na mnie. Teraz ja. Taka, jaka jestem, zupełnie inna niż zawsze, całkiem odmienna niż realny świat, troszkę zagubiona, troszkę odnaleziona - po to tylko by znów móc się pogubić. Zbyt ufna, by nie dać się zranić, zbyt ostrożna, by pozwolić ranić się bez końca. Kto zna mnie naprawdę - niech się odezwie. ............ teraz nawet ja milczę, więc nic nie mówcie......