wtorek, 6 listopada 2007

bieg do mety

Coś zaczyna się, gdy coś się skończy. Lub coś się kończy, by coś mogło się zacząć. Na początku jest koniec. Na końcu jest początek. Najgorsza jest ta przestrzeń pomiędzy końcem a początkiem, gdzie nie ma nic. Niby nie ma tak, by nie było nic, bo Kononowicz pewnie zostałby prezydentem. Ale tu nie chodzi o "nic absolutne". Tylko taki chwilowy bezruch, "przystanek Alaska", czekanie na Godota...

"Cokolwiek między ludźmi kończy się, znaczy, że nigdy się nie zaczęło.
Gdyby prawdziwie się zaczęło - nie skończyłoby się.
Cokolwiek prawdziwie zaczyna się, nigdy się nie kończy."
E.Stachura

hmmm.

Jeśli więc skończyło się, znaczy, że nie zaistniało? Zaczynam wierzyć w choroby psychiczne - urojenia, rozdwojenia, marzenia... Walki z wiatrakami...

Czy koniec to dobre miejsce na podejmowanie decyzji? Chyba mało który maratończyk podejmuje decyzję o tym, jak będzie biegł, na mecie.... Może to czas na odpoczynek? Może zamiast rwać się do biegu ponownie trzeba teraz przystanąć, odczekać chwilę, aż zagoją się rany na stopach po długim biegu, biegu na orientację. Z orientacją jednak nie miało to wiele wspólnego. Stoję na mecie totalnie zdezorientowana. I chyba to nie jest moja meta! Przebiegłam taki kawał życia i trafiłam na nieswoją metę! Czysty obłęd! I stoję na tej mecie z głową pełną pomysłów, decyzji, przemyśleń. Może mój kolejny bieg skończy się na tej właściwej mecie?... Jak następnym razem skręce w prawo a później w lewo, jak zatrzymam się przy pniaczku, jak przysiądę czasem na kamieniu, jak odskoczę na chwilkę na przełaj przez zagajnik, jak minę trzy świerki z prawej strony... A może czas po prostu nauczyć się korzystać z kompasu?

1 komentarz:

Viho pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.