wtorek, 6 listopada 2007
....
czyjeś ciało i ziemię całą...
A zostaje tylko fotografia,
to to jest bardzo mało..."
M.Pawlikowska-Jasnorzewska
A już totalna porażka, gdy zostaje fotografia po tym, czego się nie miało...
Widzę jak dziś przed oczami moją Mamę na wielbłądzie... Minęło pięć lat. W marcu sześć już będzie... Rozrabianie jej pod nosem było rozkoszą. Patrzył człowiek w przepaść pokoleń i myślał - co się czepiasz staruszko - to młodość we mnie szaleje. Teraz patrzę na młodość - to przepaść pode mną.
Własne mlekodoje się teraz chowa. Ich wybryki czasem o zawał przyprawią... czasem szczęśliwe chwile to motyle... reszta zostaje milczeniem. Wymaga się od latorośli mądrości, pokory. Człowiek zapomina, że w tym wieku był różny. Różny od zasad, od norm i przepisów, różny od kanonu lektur. Goliło się czachę (w końcu kobiecie nie przystoi) - ale jak syn włosy zapuści to już przeszkadzać zaczyna. Próchno się sypie z człowieka przy każdym ruchu. Swoje racje chce się przenieść na pokolenie poniżej. I porażka za porażką. Ale nam też nikt nie powiedział jak żyć mamy. Że trzeba rozmawiać, cieszyć się życiem, że trzeba szczęścia trochę załapać. Szkoła, nauka, trochę codzienności. Kupki, zupki - i wychowało się kolejną matkę... Matkę Polkę nie Polkę. Taka sama a inna. Dwa pokolenia w dół i już nie ta sama. Ale dalej matka. A że pragnie kochać - dzieci kochać to jedno (niepowtarzalne cokolwiek i cudowne uczucie), miłości prawdziwej zaznać - coś innego. Napatrzy się człowiek za młodu na życie rodzinne, naogląda się zdjęć i obrazków codziennych. Na zdjęciach rodzina jak się patrzy, codzienność uderza po skroniach. I trzeba później wybierać - miłość, czy święty spokój, życie, czy trwanie. Porażka na całym froncie.
bieg do mety
"Cokolwiek między ludźmi kończy się, znaczy, że nigdy się nie zaczęło.
Gdyby prawdziwie się zaczęło - nie skończyłoby się.
Cokolwiek prawdziwie zaczyna się, nigdy się nie kończy."
E.Stachura
hmmm.
Jeśli więc skończyło się, znaczy, że nie zaistniało? Zaczynam wierzyć w choroby psychiczne - urojenia, rozdwojenia, marzenia... Walki z wiatrakami...
Czy koniec to dobre miejsce na podejmowanie decyzji? Chyba mało który maratończyk podejmuje decyzję o tym, jak będzie biegł, na mecie.... Może to czas na odpoczynek? Może zamiast rwać się do biegu ponownie trzeba teraz przystanąć, odczekać chwilę, aż zagoją się rany na stopach po długim biegu, biegu na orientację. Z orientacją jednak nie miało to wiele wspólnego. Stoję na mecie totalnie zdezorientowana. I chyba to nie jest moja meta! Przebiegłam taki kawał życia i trafiłam na nieswoją metę! Czysty obłęd! I stoję na tej mecie z głową pełną pomysłów, decyzji, przemyśleń. Może mój kolejny bieg skończy się na tej właściwej mecie?... Jak następnym razem skręce w prawo a później w lewo, jak zatrzymam się przy pniaczku, jak przysiądę czasem na kamieniu, jak odskoczę na chwilkę na przełaj przez zagajnik, jak minę trzy świerki z prawej strony... A może czas po prostu nauczyć się korzystać z kompasu?