środa, 7 listopada 2007

up & down

i tak w kółko.

Całe życie wzloty i bolesne upadki. Po ostatnim wzlocie - było cudownie, pięknie (nie myślałam już, że taki wzlot jest możliwy) i upadku (bolesnym nad wyraz, całe życie przeleciało przed oczami i właściwie to pewnie nic już się nie zdarzy, bo mnie nie ma) zbieram kości do kupy i staram się poukładać z nich szkielet.... Szkielet racjonalnych myśli. Mam lat xx i za sobą więcej upadków niż wzlotów. Pewnie dlatego, że na drodze wyboistej więcej się człowiek potyka niż wzlata... A szkielet muszę teraz stabilny zbudować. Życia lat kilka przede mną jeszcze, dzieciaki trzeba do samodzielności doprowadzić. Nie może mnie byle wietrzyk łamać i strzępami po świecie rozrzucać. Tu jest moje miejsce. Moja twierdza. Moje życie. Moja nadzieja... Może zbyt wybujała nadzieja, może bez szans na spełnienie, okupiona szalonym cierpieniem, na które sama się skazałam ... codziennie po 22giej - godzina tęsknoty. Myśli o niespełnieniu. Czas bólu w dołku. Beznadziei. Rozpaczy. Gniewu na siebie samą. Znów zainstalowałam się w marzeniach. Koszmar. Rano podniosę kości, zatargam je do pracy. Minie dzień jak co dzień. Upadnę znów wieczorem przed ołtarzem z marzeń. Na kolana. Krzyżem będę leżeć. Wtopię się w podłoże. I usnę, by świtem bladym nadziei wypatrywać. A jej coraz mniej. Coraz bardziej to mglistą się osnuwa kotarą. Każdy dzień miast nas zbliżać oddala nas od siebie. I znów: IMYALYSM - jeśli wiesz o czym ja mówię....

1 komentarz:

Viho pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.